Parostatek Drozdy, aranż Sztaby, luz Krawczyka

Z opowieści Tadeusza Drozdy – autora tekstu „Parostatku” – wynika, że piosenka ta powstała niejako przypadkiem. Ot, tak sobie napisał będąc jeszcze w Kabarecie Elita, parę razy ponoć została wykonana – z jakąś pierwotną melodią – i przepadła. Taka sezonowa efemeryda. Wsadził ją więc do teczki, w której trzymał inne swe „dzieła” stworzone na potrzeby działalności satyryczno-estradowej, i trzymał. Trochę na lepsze czasy, trochę na wszelki wypadek. Sam zresztą po latach przyznał, iż treść nie „powala” ani wartościami literackim, ani logiką. Bo to i śruba grająca głosem dziewczyny… a skąd w ogóle wycieczkowym parostatku śruba…? Powiedzmy sobie jednak szczerze, w porównaniu do wielu światowych przebojów Drozdzie udało się zapisać w dwóch zwrotkach i refrenie całkiem zgrabną historyjkę, która pomimo wspomnianych mankamentów „trzyma się kupy”. Może dlatego, że z wykształcenia jest inżynierem, a nie poetą. ;)

Podobno Drozda miał zwyczaj wozić swoje teksy zdeponowane we wspomnianej teczce na wszelkie występy. W trakcie wspólnej „objazdówki” po kraju Krzysztof Krawczyk z owej teczki wygrzebał sobie kartkę z Parostatkiem. Szybko ułożył wstępną melodię, obrobioną później przez Jerzego Miliana, i tak powstał przebój, wałkowany wzdłuż i wszerz przez cały kraj.

Jakiś czas temu, szukając nagrań aranżacyjnie odmiennych od pierwowzoru z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, trafiłem na występ Krzysztofa krawczyka z orkiestrą Adama Sztaby. Spodobał mi się między innymi ze względu na fakt, że Sztaba nie poszedł drogą kompletnego „przewalenia” utworu w inną stylistykę. Znalazło się więc na początku nawiązanie do tradycyjnego jazzu – charakterystycznego brzmienia big-bandu z początku dwudziestego wieku, nadal współgrającego z historią dziadka-bosmana. Od drugiej zwrotki „band” gra już współcześnie. Jak więc widać, można odświeżyć stary i dość „przechodzony” utwór z głową.

Cały ten wstęp jednak prowadzi do Krzysztofa Krawczyka. Nie jestem jego wielbicielem, niemniej swego czasu nabrałem doń dużo szacunku. Mianowicie, w przeciwieństwie do większości naszych artystów powracających zza oceanu, przyznał, iż kariery wielkiej tam nie zrobił. Mało tego, powiedział wprost, że wracał z podkulonym ogonem, walcząc z nałogiem zagrażającym życiu. Że po powrocie do kraju wpadł w czarną dziurę, bo nie było zapotrzebowania na jego muzykę. Że otarł się o disco-polo, bo z czegoś musiał żyć. Bez dorabiania ideologicznej otoczki. Bez obrażania się na rzeczywistość. Pokazując, że ma niebywały dystans do swojej osoby oraz wcześniejszych dokonań. Ano właśnie, dystans. W przytoczonym przeze mnie nagraniu, Krawczyk zasunął pseudooperową wokalizę, że niby tak dziadek-bosman śpiewał. Po czym sam się uśmiał jak małe dziecko, a ja się uśmiałem razem z nim. Życzę wszystkim takiego luzu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code