Tanio, szybko i solidnie – czyli rowerem w Bieszczady

Na początek wypada zagaić…

W samym środku zimy „naszło mnie”, żeby wspomnieć o zeszłorocznym letnim wypadzie w Bieszczady. Można powiedzieć, że jest to z mojej strony działanie trochę spod szyldu „na te mrozy, na te śniegi kupcie se gorące cegły!” (jak to darł się na bazarze Francik Buła, sprzedając grzane na piecu cegły, którymi handlarze ratowali się przed odmrożeniami). I choć wobec nawału relacji z wypraw w najdalsze zakątki świata moje „bieszczadowanie rowerem” jest niczym, chciałbym pokazać, że w krótkim czasie i za niewielkie pieniądze można sobie zrobić całkiem fajną wycieczkę. Znajomym może zbytnio nie zaimponujemy, ale co w nogach, to nasze. ;)

Gdybym miał wyjaśnić, dlaczego na rowerze i dlaczego akurat tam, bylibyście zmuszeni przewijać tę stronę i przewijać… a przypominałaby ona wielkie „dzieło” literackie na rolce papieru „codziennego użytku”. Ale kto by chciał grzebać w rolce tak bez wyraźnej potrzeby…? No to może chociaż w telegraficznym skrócie. Pierwsze moje Bieszczady z plecakiem? Sierpień 1990. Pierwsze Bieszczady na rowerze? Sierpień 1993. Cała reszta to już upodobania, przyzwyczajenia i może trochę sentymenty. ;)

Na Przełęczy Wyżnej (1996)

Na Przełęczy Wyżnej, po „morderczej” drodze pod wiatr z Ustrzyk Górnych (1996) ;)

Założenia do „projektu”.

Zacznijmy od tego, że w zeszłym roku nie planowałem wyjazdu gdziekolwiek. Kiedy już jednak dojrzałem do postanowienia, że „a może pojadę”, zacząłem precyzować warunki. Podstawowy to czas: 8 dni. Drugi to niewielkie fundusze. Trzeci to podróż w całości o własnych siłach – bez wspomagania się pociągami jak w latach poprzednich. Czwarty to żeby mimo wszystko pojechać w Bieszczady, bo lubię. ;)

Aby całość miała jakikolwiek sens, stało się jasne, że w jedną stronę, czyli  blisko 340 km, muszę jechać trzy dni. Oczywiście istnieją tacy „nabijacze kilometrów”, którzy zrobiliby to w dni dwa, a może i jeden. Ale mnie ani przecież nie bawi 12 godzin bez przerwy w siodle, ani jazda z przeciętną prędkością poniżej 20 km/h – żeby się nie zmachać. Dlatego trzy dni i szlus! W ten sposób wychodziło 6 dni jazdy i 2 dni na miejscu. Taką więc miałem koncepcję i była to bardzo dobra koncepcja! ;)

Tanio, szybko i solidnie.

Wykonanie powyższych założeń okazało się operowaniem w obrębie wzorcowego „trójkąta bermudzkiego” branży usługowej. Bowiem stara zasada mówi, że tanio i szybko nie będzie solidnie, szybko i solidnie nie będzie tanio, a tanio i solidnie nie będzie szybko. Ale to był właśnie ten wyjątek, gdy dało się wspomniane trzy wierzchołki „ogarnąć”. W końcu było naprawdę tanio, możecie wierzyć na słowo. Szybko również, bo ledwo przyjechałem, a już trzeba było wracać. I wróciłem do domu solidnie umordowany. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code