Młodzież dzielimy na dobrą i ach tę dzisiejszą…

Już nie pamiętam który to skecz Kabaretu Potem Władysław Sikora zapowiadał w ten właśnie sposób. Taki „greps”, satyra na zwapniałych zgredów… bo kiedyś wszystko było lepsze – nie to, co teraz. A jednak… (jak rzekł szyszkownik Kilkujadek)

Zacznę od tego, że całkiem niedawno w rozmowie z synem mojej kuzynki, człowiekiem „parę” lat ode mnie młodszym, przewinął nam się wątek ślubno-weselny. Znaczy z mojej strony weselny, a z jego – jako że przez jakiś czas dorabiał jako organista – ślubny. Pomimo różnych miejsc uroczystości znaleźliśmy wspólną ich część, a mianowicie pomysły i życzenia głównych bohaterów. Chociaż chodziło przede wszystkim o jakiekolwiek pojęcie o muzyce, a raczej jego powszechny brak, który to leżąc u podstaw owych życzeń implikuje (jakże piękne słowo… ;) ) niejednokrotnie porażające wręcz skutki. Czyli pomysły na piosenki, które, czy to na ślubie, czy na weselu, pasują jak przysłowiowa pięść do oka, względnie nosa, albo też są technicznie niewykonalne z różnych względów – np. poziomu muzycznego (trudności), rozbieżności w dostępnym instrumentarium pomiędzy oryginalnym nagraniem a zespołem itd. Osobną kategorią są jednak „wykonawcy”, pod postacią np. siostry, brata, kuzyna, cioci, oddelegowywani przez rodzinę nowożeńców do odśpiewania jakiegoś ulubionego „hitu”. Na weselach zdarza się to sporadycznie, natomiast na ślubach już częstotliwość podobnych akcji znacznie wzrasta. Zwłaszcza, że w pogoni za „oryginalnością” ludzie najczęściej małpują coś, co już gdzieś widzieli. Mojemu rozmówcy szczególnie utkwiła w głowie sytuacja, gdy jakaś młoda panienka, bez żadnej próby, bo wszyscy twierdzili, że ma niebywały talent i wspaniale śpiewa, wykonywała utwór „Hallelujah”… ze Shreka. Co tam było jego narzekania na doznania słuchowe, to było, ale obaj śmialiśmy się przede wszystkim z tego Shreka.

Opisana scenka ślubna jest wyraźnym znakiem czasów, w jakich żyjemy, a zarazem obrazem przemian społeczno-kulturowych, które się przez ostatnie ćwierć wieku w naszym kraju dokonały. Przypomnieć przy tej okazji wypada, że autorem wspomnianej piosenki jest Leonard Cohen, kanadyjski bard, et cetera, et cetera… Z jego twórczością w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku zetknął się Maciej Zembaty i zafascynowany przetłumaczył „na dzień dobry” kilkanaście utworów.  Zembaty, świeżo po ukazaniu się w 1984 roku oryginału „Hallelujah”, nagrał w 1985 płytę z własnymi tłumaczeniami pt. „Alleluja”. To, jak również zaproszenie jeszcze w tym samym roku Cohena do Polski, sprawiło, iż przez pewien czas Leonard stał się bardziej rozpoznawalny u nas niż w rodzimej Kanadzie, bowiem w tamtym czasie był jeszcze stosunkowo mało znany. Tymczasem u nas na wszelkich możliwych „nasiadówach” studenckich, gdzie pojawiał się ktoś z gitarą, można było się spodziewać, że nastąpi wątek „zembatowo-cohenowy”, najczęściej pod postacią „Wspomnień”, albo właśnie „Alleluja”. Tak było jeszcze na przełomie wieku…

Niestety ach ta dzisiejsza młodzież… niektórzy mówią obraźliwie, że „gimbusy”… Ale coś w tym jest. Szkolnictwo wyższe też się niby rozpowszechniło, lecz podniesienie poziomu wykształcenia społeczeństwa jest tak naprawdę pozorne. Genetyka i statystyka są nieubłagane. Nie da się podnieść liczby ludzi inteligentnych, można im wprawdzie rozdać dyplomy, ale to w rzeczywistości niczego nie zmienia. To znaczy zmienia – studenci i absolwenci wyższych uczelni są… „inni” niż dwadzieścia lat temu. Tyle nam dały te wszystkie reformy szkolnictwa. I dlatego większość młodych ludzi nie wie, że „Hallelujah” jest Cohena, a nie „piosenką ze Shreka”. O Macieju Zembatym i jego tłumaczeniach też już prawie nikt nie słyszał, zwłaszcza że zmarł 5 lat temu. I wszystko to dzieje się paradoksalnie przy szybkim i prawie nieograniczonym dostępie do informacji. Wygląda jednak na to, że przeciętnie ludzie nie mają potrzeby „doczytania”, co i skąd się wzięło.

Co do dostępności informacji jeszcze, współczesne „źródło prawd absolutnych” zwane Wikipedią podaje, że jednym z pierwszych tzw. coverów „Hallelujah” było wykonanie Boba Dylana w 1988 roku. Jak to się ma do płyty Zembatego…? Cóż, w Wikipedię swoje pięć groszy może wcisnąć każdy, a głosujący, czy dany wpis zostawić, czy usunąć, wcale nie muszą być mądrzejsi. I tym jakże optymistycznym wnioskiem kończę dzisiejszą „rozgaworę”. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code