Komentując Szajbajka… czyli trochę o sprzętomanii i „apgrejdach”, korbikach oraz trybikach.

Zerkając od czasu do czasu na „produkcje filmowe” kolegi Daniela od Szajbajków, niejednokrotnie mam ochotę coś tam od siebie dorzucić, albo – jeszcze lepiej – skrytykować. Bo co jak co, ale krytykanctwo to sport pierwsza klasa! ;) Tyle że w komentarzach pod filmami, a przede wszystkim w ich liczbie oraz nierzadko „wojnie” pomiędzy komentującymi, wszelkie uwagi mniej lub bardziej, ale jednak przepadną. A tutaj sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem… panem, władcą oraz zarządcą na mym jednoosobowym folwarku jestem. ;)

Przechodząc jednak do meritum… (swoją drogą zastanawiam się, kiedy poprawną formą będzie „do merituma”? ;) )

W całkiem świeżym filmie Daniel prezentuje swój pogląd na modyfikacje „taniego” roweru szosowego. I tu, na samym wstępie, muszę powiedzieć, że to bardzo słuszny pogląd. No prawie. ;) Ale o tym prawie będzie za chwilę.

Ogólnie jednak Szajbajk rację ma, gdy „peroruje” o bezsensownych zapędach wielu młodych (o zgrozo, nie tylko!) adeptów sztuki kolarskiej do zmieniania czegoś dla samej zmiany. A to tylnej przerzutki, a to kasety, a to łańcucha, a to hamulców, a to kół… co niespecjalnie przekłada się na ogólną wartość użytkową roweru. Powiedzmy sobie szczerze, od pewnego pułapu „wyższa półka” sprzętu to najczęściej (choć oczywiście nie zawsze) jedynie niższa waga, a nie lepsze działanie czy wytrzymałość. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć mądre zdanie, które chyba jeszcze w usenecie (czyli pl.rec.rowery) lata temu przeczytałem, że lepiej schudnąć 5 kg, niż wydając ciężkie pieniądze walczyć o znikomą redukcję wagi roweru. Tym bardziej, że 80% (oczywiście strzelam ;) ) rowerzystów swoimi osiągami nie zbliża się do granicy, po przekroczeniu której można zauważyć wymierne korzyści z tych zabiegów.

Jeśli miałbym przytoczyć jakieś konkrety, to np. kwestię rzędowości napędu. Z przerażeniem patrzę na zawieruchę „modowo-marketingową” przejawiającą się powszechnym ciśnieniem ku przechodzeniu na rozwiązanie „jeden na”, niezależnie zupełnie od tego, jak i gdzie dany delikwent jeździ. O wadach takich napędów Daniel również rozprawiał, przy czym niestety w komentarzach część – standardowo – okopała się na z góry upatrzonych pozycjach twierdząc, że przytoczone wady nie istnieją.

Najważniejszą sprawą przy wyborze napędu jest określenie potrzeb, czyli gdzie i jak będziemy jeździć, a także jakiej wytrzymałości i niezawodności oczekujemy. Czego innego potrzebują profesjonalnie ścigający się zawodnicy, czego innego amatorzy ze sportowym zacięciem, a czego innego „turyści”. Dlatego rzędowość napędu nie może być celem samym w sobie, a jedynie sposobem na osiągnięcie celu. A tym jest, po określeniu potrzeb użytkowych, odpowiednie zestopniowanie przełożeń oraz ich zakres. W szczególnych przypadkach wskazane jest wręcz kompletowanie napędu „pod siebie”. Ja na przykład mam napęd zoptymalizowany do jazdy z prędkościami 20-40 km/h i w tym zakresie „upakowałem” największą gęstość biegów (stopniowanie większości kasety co jeden ząb plus odpowiednio dobrane blaty), a poniżej już tylko przełożenia turystyczno-pełzające (oj z bagażem w górach niezbędne). Przy czym wcale nie mam zamiaru uszczęśliwiać ludzkości swoim rozwiązaniem – ono jest dobre dla mnie. Ale też nie dam sobie wmówić, że mam zmienić napęd na inny, bo właśnie taki jest obecnie jedynie słuszny. Gdzie jest to jest, lecz nie w moim przypadku. O! ;)

A teraz pora na część pod tytułem „nie zgadzam się z Tobą”, czyli z Danielem filmowym. Otóż wspomniał on o korbach, a mianowicie o wyższości korb zespolonych z osią nad niższością mocowania na kwadrat oraz octalink. ;) Można powiedzieć, że i racja, i nie racja.

Po pierwsze przyrównywanie mocowań welowypustowych (octalink, isis) do kwadratu jest pomyłką. Wadą kwadratu jest nieprecyzyjność tego połączenia, co często objawia się „biciem” blatów, a co wielowypusty w większości eliminują. Czynników jest dużo, bo to i niedoróbki produkcyjne korb i wkładów suportu, i niedbały montaż… Natomiast praktycznie nigdy bicie blatów, a co za tym idzie ocieranie łańcucha, nie jest związane z brakiem sztywności połączenia korby z osią. Najczęściej, poza precyzją połączenia, winna jest sama korba, gdy jest zbyt wiotka, oraz blaty, gdyż nierzadko są krzywe.

Jeśli jednak mamy starą korbę wysokiej jakości oraz stare blaty (w sensie konstrukcji i produkcji), jest duża szansa, że ocierania łańcucha nie będzie. Dlaczego piszę duża? Bo musimy mieć jeszcze wkład suportu z dobrymi, precyzyjnie wykonanymi łożyskami, co obecnie nie jest takie oczywiste i zdarza się, że luz pojawia się już po przejechaniu kilkuset kilometrów. Nie wiem, czy nie lepiej zaopatrywać się w same łożyska w sklepach specjalizujących się w takim asortymencie, jednak to wymaga posiadania choć minimalnego warsztatu z prasą do wyciskania.

Kolejnym i nie zawsze branym pod uwagę czynnikiem jest rama. Niestety i nierzadko bywa tak, że to brak sztywności ramy odpowiada za problemy z ocieraniem łańcucha przy mocnym „deptaniu” w pedały. W moim przypadku zmiana ramy wyeliminowała ten problem, a równocześnie miałem okazję – jeżdżąc cały czas na kwadracie – spotykać „w plenerze” ludzi, którym zespolona Tiagra targała łańcuchem po przerzutce.

A jeszcze jedna rzecz jest istotna, by łańcuch nie chrobotał – linia łańcucha. Jeśli łańcuch będzie znacznie odchylony poza oś blatu, nie trudno się domyślić, że powstaną spore siły skrętne odginające blat, ale też powodujące zużycie bocznej powierzchni zębów. Tu właśnie widać przewagę korb i osi rozłączanych, ponieważ mamy możliwość regulacji linii łańcucha długością osi. Jakkolwiek w rozwiązaniach typowych – rower szosowy i korba szosowa, rower górski i koba górska – nie ma powodu do zmartwień, gdyż w pewniej mierze linię łańcucha korby zespolonej ustawimy przy pomocy podkładek dystansowych pod łożyska, to „fanaberie” w stylu przełajowa korba w crossowej ramie mogą okazać się problemem. Zapytacie, po co tak kombinować? Ano nie każdego stać na posiadanie kilku rowerów, a w ten sposób można złożyć jeden dość uniwersalny rower, który dobrze będzie sobie radził na płaskiej szosie, jak również na wypadach turystycznych z sakwami w górzystym terenie.

Chcąc jeszcze się rozprawić z przytaczanymi w materiałach marketingowych zaletami korb zespolonych z osią nad kwadratem i wielowypustami, muszę wspomnieć o dwóch rzeczach, czyli sztywności osi i „sztywności” (to jest już kuriozalne) łożyskowania. Pełna oś ze stali o dużej zawartości węgla jest „w cholerę” sztywna i na tym polu oś „drążona”, a w zasadzie rurkowa, nie ma żadnej przewagi. Jest natomiast lżejsza oraz daje połączenie z korbą, na którym występują mniejsze siły z powodu zwiększonej średnicy. I to właśnie o wagę konstruktorom chodziło. Łożyska w przypadku korby zespolonej z osią też mają większą średnicę, przez co siły oddziałujące pomiędzy kulkami a powierzchniami bieżni są mniejsze, a co wpływa na ich wytrzymałość, ale też, przez umieszczenie ich poza mufą suportową, zwiększył się ich rozstaw, co też skutkuje mniejszymi siłami. I to jest wszystko na temat zalet zmiany łożyskowania, bo nie tyle wykorzystano je do zwiększenia jego niezawodności, co do możliwości „odchudzenia”. Czyli znowu priorytetem jest redukcja wagi. Odnoście sztywności pozwolę sobie jeszcze na przykład „motoryzacyjny”. Mianowicie każdy, kto miał w rękach piastę koła samochodu osobowego, zauważy, że tam łożyska nie są od siebie jakoś spektakularnie oddalone, a jednak całość jest sztywna i koła nie „latają samopas” w trakcie jazdy, choć siły są nieporównywalnie większe niż w rowerowej korbie. Otóż równie istotnym elementem (oczywiście pewne wartości są nieprzekraczalne) co odległość łożysk na osi jest ich rodzaj i jakość materiałów, z których są zbudowane. Nie byłoby problemu zrobić – z punktu widzenia przeciętnego rowerzysty – „dożywotniego” łożyskowania suportu, tylko po co robić coś, co się nie psuje? ;)

Podsumowując ten przepiękny elaborat korbowy chcę zwrócić jeszcze uwagę na jedną rzecz. Starsze rozwiązania, które obecnie są tak ochoczo przedstawiane jako wadliwe, żeby nie rzec swojsko „do bani”, przez całe lata funkcjonowały w zawodowym peletonie. Do dziś można gdzieś tam „wyrwać” na znanym portalu aukcyjnym korby Shimano Ultegra czy Campagnolo w starych standardach. Czy one są złe? Czy nie da się na nich jeździć?

I jeszcze jedna uwaga, dotycząca de facto każdego sprzętu. Jakieś 10 lat temu przeczytałem w jednym z czasopism z branży audio uwagę, że gdyby zebrać wszystkie opinie z „testów” redakcyjnych odtwarzaczy CD/DVD oraz hasła reklamowe przytaczane przy prezentacji każdego nowego modelu, ale użyć ich „wstecz”, czyli stosownie pomniejszając wartość użytkową odtwarzaczy poprzednich generacji, wyszłoby na to, że odtwarzacze CD z końca lat 90 prezentowały jakość gramofonu Bambino.

A na koniec film Szajbajka, któren mnie wziął i sprowokował. ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

code